IMPREZA ROZWODOWA CZYLI O PORAŻKACH NA KTÓRYCH RADZĄ CI BUDOWAĆ PRZYSZŁOŚĆ

Dostałam zaproszenie na imprezę w okazji rozwodu znajomych. Przyznam, że świętowanie takiej okazji zaproponowano mi po raz pierwszy. Impreza przewidziana jest na 20 kobiet + tort z połamaną figurką byłego męża. Ech… czy świat staje na głowie, by świętować porażki? Nie mogłam pójść – zresztą nie wiem, czy skorzystałabym z zaproszenia.

Znajoma, która mnie zapraszała, nie była mi aż tak bliska. Uznałam, iż nie znam szczegółów ‘jej sprawy’, więc się czymś wykpiłam. Tę imprezę potraktowałam ‘w linii prostej’ jako świętowanie na gruzach, cieszenie się tzw. mniejszym złem, choć nie wykluczam tego, że dziewczyna ma się z czego cieszyć i co świętować.



Na takiej imprezie pewnie ma być ozdrowieńczo, zabawnie, i pewnie znowu matrymonialnie świeżo. Czy życzyć wtedy wszystkiego dobrego na nowej drodze życia?
Cholera wie.
Z własnego doświadczenia wiem, że taka okazja to nie zawsze powód do chluby. W moim najbardziej prywatnym CV to zawsze jednak dowód porażki, choć przyznaję, iż czas skutecznie leczy dramatyzm tego nagłego zwrotu w życiu.
Ale pewnie bliżej mi do tego, by w takiej sytuacji zamiast gratulacji i imprezowania, usłyszeć po prostu:
Zawsze może być gorzej.
Co cię nie zabije to cię wzmocni.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Tak, tak. Wszyscy przypominamy sobie te powiedzonka, gdy znajomemu/znajomej się nie wiedzie, i trzeba ich jakoś wzmocnić psychicznie. To ciekawe, że we własnych problemach nie pocieszamy się zbyt często tymi sentencjami, a jeśli pojawią się w naszej głowie przy okazji porażki, jak przypominajka, to raczej ta przypominajka ma w sobie element drażniąco-dręczący.
Sami od trudności, strat, problemów chcemy się trzymać w bezpiecznej odległości. Nie mają one dla nas jednoznacznie pozytywnej wartości, nie kojarzą się z niczym godnym przyciągania.
Podwójna moralność? Podwójne standardy?
Może.

A może ci, który są po innej stronie mocy – po stronie budowania na porażce, a nie rozdrapywania porażki, kombinują właściwie?

Książek na temat tego, co dobrego przyniesie nam fakt, że nam się noga podwinie, biznes nie uda, praca nie wypali, małżeństwo zawali, jest na rynku już całkiem niemało.
Choćby takie, jak:
„Pozytywna psychologia porażki” Pawła Fortuny,
„Nie oglądaj się na porażkę” Johna Maxwella,
„Fail Fast, Fail Often: How Losing Can Help You Win” Ryana Babineaux czy
„The Up Side of Down: How Failing Well is the Key to Success” Megan McArdle.

Czy to aby dobry pomysł, by porażki wynosić na piedestał? By mówić o nich w pozytywach, nie rozdrapując ran?
Porażka chwyta za serce, ale najbardziej chwyta tych obok, tych, których niebezpośrednio dotyczy. Oni bowiem potrafią, jak mało kto, dostrzec jej dobre strony, otrzeć twoje łzy, wyciągnąć z wywołanego nią odrętwienia. O problemach osób trzecich słucha się znacznie lżej.
Gdy stosunek emocjonalny do porażki jest umiarkowany, lub niewielki, łatwiej wtedy o jasność myśli, o wnioski, o gotowość do korekt, i…budowanie nowego na zgliszczach starego. Stojąc z boku łatwiej tłumaczyć, że „błądzenie jest rzeczą ludzką”, że porażki wpisane są w każde życie, etc.

Sam poszkodowany radzi sobie z tym w pojedynkę nie aż tak dobrze, a przynajmniej nie od razu. Porażka jakieś inicjatywy, planu, projektu, pomysłu, biznesu, to zawsze będzie porażka czyjegoś marzenia, inwestycji czasu lub pieniędzy. Chyba nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy traktowali to sobie lekce. Nie jedno małżeństwo ucierpiało od porażki w biznesie i nie jeden biznes ucierpiał od problemów w małżeństwie. Oba pola naszej głównej aktywności nachodzą na siebie dość istotnie.

Każdy zasługuje na drugą szansę i na kolejny projekt. Czy na kolejną porażkę? Nie odważę się odpowiedzieć na to pytanie.
Pewnie w biznesie o porażkę łatwiej, niż w życiu prywatnym. A w sektorze publicznym łatwiej o spektakularną medialnie porażkę, niż w sektorze prywatnym, który jednak łatwiej potrafi przełknąć niepowodzenia , traktując je jako składową procesu rozwoju.
Wszystko zależy od gabarytów błędów, porażek i chybionych innowacji. I od tego, jak szybko się podniesiemy po przegryzieniu tego, że nie wyszło i po wyciągnięciu wniosków. I to chyba jest w samej porażce faktycznie najistotniejsze.

Fakty są gołe - bez ludzi, którzy się szybko podnoszą z popiołów - nie byłoby innowacji czy wynalazków, a poziom naszego życia by się podnosił w tempie żółwia. Wielkie nazwiska poznawane w szkole uczą nas nie tylko o tym, co wynalazły, co stworzyły. Każde z nich bez wyjątku jest dowodem na umiejętność powstawania na nogi po raz kolejny. Edison, Einstein, Jobs, Curie, Niżyński – o nich myślałam dziś pisząc – każde z nich miało mocno pod górkę życiowo, każde musiało być nieprzeciętnie zdeterminowane, każde ryzykowało wszystkim. Między innymi po to, by nasz poziom funkcjonowania był wyższy.

p.s.: a teraz idę zapytać mojego przyjaciela Chucka (zwanego publicznie Norrisem), co sądzi o odnoszeniu porażek. Czy biorę pod uwagę, że może być jedyną osobą, która jest wolna od tego procederu i nigdy go nie doświadczyła?
Jeśli tak, to uznam, że jest jeszcze bardziej wyjątkowy, niż sądziłam.
Trwa ładowanie komentarzy...