POCZUCIE BYCIA KOCHANYM IS A KING

Mamy wreszcie eksperyment, który to udowadnia. Udowadnia, iż świadomość bycia potrzebnym i kochanym potrafi działać cuda. Instynktownie to czuje każdy z nas. Inaczej wygląda funkcjonowanie na co dzień, gdy się wie, że jest ktoś, komu nie jesteśmy obojętni, kto nas akceptuje, szanuje, podziwia, wzmacnia dobrym słowem, uśmiechem czy przytuleniem, gdy sprawy zewnętrzne nie idą, jak po maśle. Jednym zdaniem: gdy kocha nas ktoś dla nas istotny – żadna przeszkoda nie wydaje się aż tak straszna.

Niedawno potwierdzono to eksperymentem. Wreszcie. Tak jakby nie wierzono samoświadomości, tak jakby prywatne pojedyncze odczucie nie budziło zaufania. W listopadzie b.r. pani doktor Anke Karl z University of Execter, podzieliła się na łamach czasopisma naukowego „Social, Cognitive and Affective Neuroscience” swoimi spostrzeżeniami, wynikającymi z przeprowadzonego badania. Grupkę zebrała lichą (bo tylko 42-osobową), ale może reprezentatywną, gdyż świat naukowy nie zakwestionował jej badań.



Wszystkie osoby podzieliła na 2 grupki. Jednej grupie pokazała przed badaniem właściwym zdjęcia ich bliskich, z którymi łączą jej członków mocne więzi, od których otrzymują wsparcie. Drugiej to nie zostało zaproponowane. Potem obie grupy zmierzyły się z obrazami, przedstawiającymi sytuacje zagrożenia.
Grupa pierwsza (ta ze zdjęciami bliskich) reagowała znacznie łagodniej na budzące strach obrazy. Aktywność w obszarze ich ciał migdałowatych w mózgu była na bardzo niskim poziomie. W przeciwieństwie do tych, którym zdjęć nie pokazano lub którzy nie przywiązywali uwagi do tego, co obrazują zdjęcia z bliskimi. Bowiem ciało migdałowate tych osób było mocno pobudzone obrazami czy słowami, wyrażającymi sytuacje zagrożenia.

Dobrze, iż pani dr Anke Karl przeprowadziła to doświadczenie. Rezonans magnetyczny udowodnił rzecz oczywistą, choć rzadko uświadomioną. Miłość pomaga. Zawsze pomagała. I zawsze lepiej będzie być kochanym i kochać, niż być pozbawionym takowych odczuć.
Odczuwalnych zagrożeń w życiu każdego z nas jest całkiem niemało. A na pewno więcej, niż ludzi, dla których jesteśmy ważni.
Ale przecież nie o ilość tych ludzi chodzi, lecz o siłę wzajemnej relacji. A relacja obaw, wynikających z poczucia zagrożenia, do miłości, to rzecz ciekawa, bo sytuacje, wywołujące niepokój, strach, niepewność potrafią zdominować nasze życie zawodowe. Bowiem gdy o nich mówimy, mamy najczęściej na myśli napaść, wypadek, uszczerbek na zdrowiu, etc. A tymczasem te ‘codzienne’ zagrożenia występują w dużej mierze w pracy, wynikają z trudnych relacji z szefem czy kimś obok, z dużego ryzyka podejmowanych decyzji, czy z możliwych reperkusji.

Dość sprawnie i wyraźnie dzielimy nasze życie na pracę i życie osobiste. Przynajmniej w teorii.
Nie raz i nie dwa coach, trener, psycholog czy przyjaciel spyta nas o ‘work/life balance’, czyli o to, czy nasze życia zawodowe i prywatne jest aby zrównoważone. Z dużą dozą pewności siebie spyta: „A może jednak coś dominuje w twoim umyśle, słowach, myślach, podejmowanych krokach, poświęcanym czasie?” I pewnie często będzie miał rację, bo zawsze coś w danym momencie dominuje, przeważa, coś drąży, coś spać nie daje.
Tymczasem pani dr Anke Karl stwierdza, że praca (jej niefajności i niepewności, powodujące poczucie zagrożenia) i miłość potrafią na siebie wpływać. Że odczuwana troska z czyjeś strony dość konkretnie minimalizuje poczucie strachu, daje wsparcie. Niepewność mija dużo szybciej, gdy jest się dla kogoś ważnym.

I tego się trzymajmy. I o tę miłość walczmy. Nie przegapmy jej, bo piechotą nie chodzi. Nie trywializujmy jej, bo ma wpływ na więcej, niż przypuszczamy. Kochajmy, bądźmy kochani, by przeciwności były bledsze. Tego Państwu i sobie życzę w 2015 roku!
Trwa ładowanie komentarzy...